Siedzę sobie wczoraj z kumpelkami w naleśnikarni. Wszystko super – miejsce dla niepalących, więc czuję się bezpieczna – odizolowana od tego „okropnego dymu”;) Sączymy piwo z sokiem malinowym i wspominamy stare, dobre czasy. Atmosfera miła, sympatyczna niczym niezmącona. Niczym… do czasu, kiedy słyszę rozczarowany głos – „ojej, tu nie wolno palić”. Zbierają się, żeby wyjść na zewnątrz. Tradycyjnie słyszę „śmiesznostki” w stylu - „chodź z nami, nikomu nie powiemy”. Resztkami sił udaję, że to wszystko mnie nie kosztuje, mówię, że „naprawdę nie chcę palić i dobrze mi z tym”. Uff wyszły. Siadam przy stoliku. Przeglądam sms-y, żeby tylko nie myśleć o tym. Czuję wzrok na plecach, odwracam się, patrzę w okno, stoją i palą. Zadały sobie tyle trudu, żeby stanąć w miejscu dla mnie widocznym i dmuchać mi prosto w szybę z uśmiechem na ustach…
Głupota? Brak empatii? Nie wiem. Wiem tylko, że ja od dwóch godzin siedzę głodna i nie zamawiam pachnącego naleśnika tylko, dlatego, że obydwie opowiadają o swoich dietach…
Komentarze moga dodawać tylko zalogowani użytkownicy - zaloguj się lub załóż konto
Odpowiedzi moga dodawać tylko zalogowani użytkownicy - zaloguj się lub załóż konto
Śledź bloga: RSS Dodaj do ulubionych blogów
Nazwałabym to solidarnością:-)No i samowyrzeczeniem również:-)Szkoda,że koleżaneczki nie są tak "mili",więm jak ciężko jest w takich momentach,koleżanki zawsze namawiały do "grzechu",na szczęście wytrwałam :-)Od roku nie palę!